• EA Games
  • Kolektyw gram.pl
  • Serwis jest częścią kolektywu Gram.pl

Spolszczenie - pobierz!

Podcasty

Przystań Patronuje

Spolszczenie - pobierz!

Dragon Age: Utracony tron

 Oto fragment i opis pierwszej powieści z gry.

 

Data wydania: Marzec 2010
Tytuł oryginału: Dragon Age: The Stolen Throne
Tłumaczenie: Małgorzata Koczańska
ISBN-13: 978-83-7574-162-9
Wymiary: 125 x 195
Liczba stron: 472
Oprawa: Miękka
Seria: Warlock
Cykl: Dragon Age
Cena: 34.99

"Kiedy matka młodego Marica, ukochana Królowa Rebeliantka, zostaje zdradzona i zamordowana przez niewiernych szlachciców, ten musi poprowadzić armię i podjąć próbę uwolnienia królestwa spod jarzma obcego tyrana. Władzę dzierżą najokrutniejsi, a udręczony lud pragnie sprawiedliwości. 

Książę bez królestwa, oszukany i zdradzony, staje w szeregach rebelii.  Jego sojusznikiem jest młody banita Loghain oraz Rowan - piękna wojowniczka, przyrzeczona mu od urodzenia na żonę. 

Otoczony przez zdrajców i szpiegów Maric musi nie tylko przeżyć, ale wypełnić swoje przeznaczenie: uwolnić Ferelden i przywrócić swój ród na utracony tron".

Rozdziały promocyjne:

Ofiarowanie

- Kiedyś służyłem waszemu dziadowi - rzekł starszy mężczyzna stanowczo, spoglądając twardo w szeroko otwarte oczy Marica. - Tron Fereldenu nie należy do Orlesian, a jeżeli wasza matka naprawdę nie żyje, to teraz waszym zadaniem będzie pozbyć się najeźdźców. - Przerwał, zaciskając zęby, a kiedy ponownie się odezwał, głos miał zduszony uczuciami: - Mogę wam w tym pomóc. Zrobię wszystko, nawet oddam życie.
- Ojcze...- słowa sprzeciwu zamarły na ustach Loghaina,gdy Gareth się odwrócił. Maric już wiedział, że starszy mężczyzna podjął decyzję. Zapewne Loghain właśnie to ujrzał w jego twarzy. Młodszy banita nadal się jednak buntował, nie krył gniewu...Może dlatego, że ojciec gotów był tyle poświęcić dla kogoś, kogo prawie nie znał, kto ściągnął niebezpieczeństwo na niego i jego ludzi. Maric uważał, że Loghain miał prawo czuć więcej niż gniew.
- Synu, chcę, byś dał słowo, że będziesz chronił księcia.
- Nie mogę cię tutaj tak po prostu zostawić - zaprotestował Loghain. - Nie proś mnie, żebym cię opuścił, nie zrobię tego...
- Tak właśnie zrobisz, synu. Twoje słowo, Loghainie.
Kłusownik nie uległ łatwo, przez chwilę wahał się między odmową a posłuszeństwem. Popatrzył jeszcze martwo na Marica, bez wątpienia obwiniając go o wszystko, co się stało. Jednak ojciec oczekiwał odpowiedzi. Loghain z niechęcią skinął głową.
Gareth odwrócił się do Marica.
- Musicie stąd odejść czym prędzej, Wasza Wysokość.
Mówił poważnie! Maric nie wątpił w to ani przez chwilę, podobnie jak w to, że Loghain dotrzyma słowa, nieważne, jak bardzo tego nie chciał. Młody mężczyzna wydawał się kompletnie rozdarty i zrozpaczony. A Maric był zmieszany. Gdyby tylko wiedział! Wyznałby Garethowi prawdę zaraz po przybyciu do obozu. Zastanawiał się, co teraz powiedzieć, ale do głowy przychodziły mu tylko niezręczne i nieważne przeprosiny...Oraz słowa, jakie kiedyś powiedziała mu matka.
To, co poddani dają nam z własnej woli - rzekła - nie jest za darmo. Pamiętaj o tym. Musimy to cenić, ponieważ to jedyny sposób, abyśmy byli tego warci.
- Czy...czy byłeś rycerzem, Garecie? - zapytał Maric.
Pytanie zaskoczyło mężczyznę.
- Ja...Nie, Wasza Wysokość. Byłem kiedyś pokojowym.
- Uklęknij zatem - to była najlepsza imitacja tonu matki i zdaje się, że robiła odpowiednie wrażenie.
Z twarzą pobladłą od uczuć Gareth opadł na kolana.
- Siostro Ailis, bądź moim świadkiem.
Kapłanka postąpiła krok bliżej.
- Tak jest, Wasza Wysokość.
Maric położył dłonie na głowie Garetha. Oby wspomnienia go nie zawiodły, jak się gorączkowo obawiał.
- W imieniu Kalenhada Wielkiego i na oczach Stwórcy mianuję cię rycerzem Fereldenu. Wstań i służ swojemu królestwu, sir Garecie.
Mężczyzna podniósł się sztywno, oczy lśniły mu pod zmarszczonymi brwiami.
- Dziękuję, Wasza Wysokość.
- Niewiele to warte - westchnął przepraszająco Maric. Nic więcej nie pozostało do powiedzenia.
Loghain podszedł, przerywając podniosły nastrój. Jego twarz była jak kamień, gdy oznajmił:
- Musimy iść. Już.
Maric kiwnął głową. Zanim jednak wyszedł z chaty, kapłanka zatrzymała go gestem. Ze sterty ubrań, które naprawiała, wyciągnęła dużą wełnianą pelerynę i bez słowa narzuciła młodzieńcowi na ramiona.
W tym samym czasie Gareth odwrócił się do syna.
- Loghainie...- zaczął cicho.
- Ani słowa - przerwał mu młody mężczyzna z goryczą. Nie chciał spojrzeć ojcu w oczy. Między nimi zapadło niezręczne milczenie, gdy tak stali naprzeciw siebie, a okrzyki z zewnątrz coraz bardziej zbliżały się do chaty.
W końcu Gareth skinął głową.
- Zrób, co należy, najlepiej jak umiesz.
- Oczywiście.
Maric poprawił okrycie. Był gotów. Kapłanka z wahaniem sięgnęła pod ornat i wyjęła groźnie wyglądający sztylet. W oczach chłopaka błysnęło zaskoczenie, lecz zanim zdążył wykrztusić słowo, kobieta wcisnęła mu broń i zamknęła jego palce wokół rękojeści. Popatrzyła mu w twarz, jakby chciała powiedzieć: Niech Stwórca nam wybaczy. Maric skinął głową w podzięce, czując w sercu chłód. Gareth z obnażonym mieczem ruszył do wyjścia.
- Dajcie mi chwilę. Potem uciekajcie.
Siostra Ailis stanęła obok niego.
- Pójdę z tobą - oznajmiła cicho. Wydawało się, że Gareth się sprzeciwi, ale jednak ustąpił. Skinął krótko i oboje opuścili chatę, znikając w szalejącej burzy.
Loghain chwycił Marica za ramię, by nie poszedł za nimi. Chłopak wcale tego nie chciał. Twarz kłusownika była nieruchoma, ale w jego oczach lśnił płomień. Maric uznał, że lepiej milczeć. Czekali zatem w przymglonym świetle i słuchali. Najpierw rozległ się głos Garetha, przebijający się nawet przez huk piorunów i szum deszczu, gdy wzywał spanikowanych banitów do swego boku. Podniosło się więcej okrzyków, w tym siostry Ailis, wołającej do kogoś, by się zatrzymał w imię Stwórcy. A potem zabrzmiały odgłosy walki - jęki umierających, brzęk stali o stal.
Loghain wybiegł z chaty bez słowa, ciągnąc za sobą Marica. Chłopak omal się nie potknął, gdy biegli w zimnej ulewie. Nie widział nic poza deszczem i mrokiem. Nieopodal płonęły szałasy i namioty, a odgłosy bitwy otaczały go ze wszystkich stron. I wtedy poczuł szarpnięcie za pelerynę.
- Uważaj! - warknął Loghain.
Maric ledwie go słyszał. Choć ulewa przesłaniała wzrok, mógł się zorientować, że na skraju obozu trwa walka. Dostrzegł Garetha, wysokiego mężczyznę zataczającego szerokie łuki mieczem i zadającego cięcia szeregom zbrojnych, którzy z całą pewnością nie spodziewali się żadnego oporu. Ale żołnierze mieli zbroje i przewagę liczebną nad garstką towarzyszącą ojcu Loghaina. Nie zanosiło się na długą walkę. Reszta banitów rozbiegła się, uciekając z obozu we wszystkich kierunkach - niektórzy chwytali skromny dobytek, inni pragnęli jedynie umknąć jak najdalej od niebezpieczeństwa. W biegu Maric i Loghain przeskoczyli kilka ciał, jedno z nich należało do młodej kobiety. Chłopak omal na nią nie nadepnął, wywołując syk wściekłości towarzysza.
Oddalali się od miejsca potyczki, ale Maric słyszał też żołnierzy przed sobą. Z mroku wychynął mężczyzna z niewyraźnym emblematem posłańca zawieszonym na łańcuchu i obijającym się o jego niebieską tunikę. Wytrzeszczył oczy zaskoczony, ale nim zdążył zawołać o pomoc, Loghain już przy nim był. Nie zwalniając ani na chwilę, pchnął żołnierza mieczem i kopnął - zbrojny zwalił się w błoto z gulgoczącym odgłosem.
- Nie stój tak! - syknął banita na Marica i chłopak dopiero teraz uświadomił sobie, że właśnie to robi. Rzucił się do biegu, ale zatrzymał go uścisk na ramieniu. Nie zastanawiając się nawet przez okamgnienie, wyciągnął sztylet siostry Ailis i z obrotu wbił go w szyję czarnobrodego napastnika. Żołnierz ryknął z bólu, jego uścisk zelżał i kiedy Maric wyszarpnął ostrze, trysnęła krew. Zbrojny bezsensownie próbował zatamować krwotok dłonią, jęcząc coraz ciszej.
Zanim Maric pchnął przeciwnika po raz drugi, poczuł kolejne szarpnięcie za ramię.
- Biegiem! Już! - ryknął Loghain.
Pognali między zniszczonymi szałasami i przewróconymi namiotami do kępy drzew na skraju obozu. Loghain wiódł księcia w zarośla, mokre gałęzie biły ich po twarzach i kiedy znaleźli się za nimi, obaj oddychali ciężko. Omijając kolejną potyczkę, przemknęli za plecami dwóch zbrojnych, próbujących wyciągnąć z namiotu wrzeszczącą kobietę - żołnierze nawet nie zauważyli uciekinierów, a kiedy Maric zapytał o los ofiary, został tylko pociągnięty dalej. Niechętnie poddał się niemej komendzie.
Dwóch kolejnych żołnierzy zastąpiło im drogę, ale z morderczą precyzją zostali wyeliminowani przez Loghaina. W obozie panował chaos. Maric słyszał za plecami mrożące krew wrzaski i tupot nóg, płacz dziecka i jęk błagającego o pomoc mężczyzny, a także rozkazy żołnierzy przeszukujących szałasy i namioty. Jedyne, co chłopak mógł zrobić, to pilnować, by nie przewrócić się w błocie i na mokrej trawie. Gdy zostawał w tyle, Loghain szarpał go za ramię. Maric przeżył wstrząs, kiedy uświadomił sobie, że znaleźli się już daleko za obozem. Wzniesienie opadało łagodnie w porośniętą lasem dolinę - a dalej ciągnęła się jedynie Głusza Korcari, niezbadane ziemie na południu, zamieszkane jedynie przez dzikie plemiona i najniebezpieczniejsze ze stworzeń, jakie powołał do życia Stwórca. Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w tamte okolice.
- Dlaczego stoimy? - zapytał Maric, spoglądając na Loghaina. Drżał z zimna, a bezlitosny deszcz zacinał bez ustanku. Loghain nie odpowiedział, ale chłopak podążył za jego spojrzeniem. W oddali Gareth nadal walczył. Pożar szalejący w obozie dawał dość światła, by można było oglądać pojedynek. Ciężko ranny i zbryzgany krwią Gareth odpierał ataki tuzina otaczających go zbrojnych. Jego pchnięcia i cięcia stawały się coraz bardziej desperackie. Maric wiedział, że nie pora na postój, trzeba uciekać, ale Loghain nawet nie drgnął, sparaliżowany widokiem walczącego ojca.
Dym i żołnierze przesłaniali sylwetkę rycerza, ale nie przeszkodziło to uciekinierom usłyszeć wyzywający okrzyk, nagle ucięty - ostatni okrzyk bojowy Garetha.
Maric odwrócił się do towarzysza, by coś powiedzieć, jednak zabrakło mu słów. Milczał więc. Twarz Loghaina pozostała beznamiętna jak zimny głaz, ale oczy mu płonęły. Zaraz też zerwał się do działania. Szarpnął Marica za pelerynę po raz kolejny i niemal zbił go z nóg, popchnąwszy w dół zbocza.
Głos Loghaina był zimny jak lód i groźnie cichy:
- Trzymaj się blisko albo przysięgam, że cię zostawię.

Zdrajcy zapłacą

Właśnie wtedy dostrzegł błysk wśród cieni. Mrużąc oczy, zdołał wyraźnie zobaczyć miecz. Wypolerowane ostrze odbijało bladą poświatę księżyca. W mroku, na tle zarośli i drzew chłopak nadal nie potrafił zobaczyć człowieka, który trzymał broń, ale i tak poczuł się raźniej, wiedząc, gdzie znajduje się przeciwnik.
Maric uniósł ręce i ostrożnie podciągnął się wyżej. Ból mięśni dało się znieść. Ani na chwilę nie spuszczając wzroku z miecza, chłopak wydostał się z niecki. Ostrze poruszyło się. Mroczna sylwetka zaczęła się zbliżać, unosząc broń i warcząc groźnie.
Bez zastanowienia Maric rzucił się skulony na prześladowcę. Miecz świsnął mu koło ucha, o włos mijając ramię. Chłopak uderzył przeciwnika głową w brzuch, pozbawiając go tchu. Na nieszczęście mężczyzna nosił kolczugę i czoło Marica eksplodowało bólem, jakby uderzył w pień. Zachwiał się i byłby boleśnie upadł, gdyby impet nie zwalił z nóg również jego napastnika. Przewrócili się obaj, ale to uzbrojony mężczyzna grzmotnął plecami w nierówne poszycie. Upadek wykręcił mu ramię, miecz wypadł z niepewnej dłoni i poszybował w ciemność.
Oszołomiony i niemal całkowicie oślepiony Maric dźwignął się, chwytając przeciwnika za głowę. Pod palcami wyczuł silną, zarośniętą szczękę. Mężczyzna próbował odepchnąć chłopaka lub choćby krzyknąć, by wezwać pomoc, ale na próżno. Maric wykorzystał przewagę. Prześladowca jęknął, gdy jego potylica uderzyła o wystający korzeń.
- Ty draniu! - warknął Maric. Mężczyzna desperacko sięgnął do jego twarzy, próbując zgnieść chłopakowi nos i wbić palec w oko. Maric się cofnął i ponownie uderzył głową przeciwnika o korzeń. Mężczyzna jęknął, szarpnął się, by zrzucić chłopaka, lecz przeszkodził mu ciężar kolczugi. Raz jeszcze spróbował sięgnąć do twarzy Marica, jednak nadaremnie.
Łupanie w czaszce było torturą, chłopakowi zdawało się, że napięte mięśnie karku lada moment pękną jak sparciałe postronki. Kiedy puścił głowę mężczyzny, by unieruchomić mu ramię, przeciwnik próbował go zrzucić. Maric na okamgnienie stracił równowagę, lecz to wystarczyło, by brodaty prześladowca wyprowadził cios. Pięść rozbiła chłopakowi nos, przed oczyma rozbłysły mu gwiazdy. Zwalczył jednak oszołomienie i chwycił wroga za włosy. Tym razem zdrajca wrzasnął z bólu. Maric również krzyknął, lecz z wysiłku, gdy po raz trzeci uderzył o korzeń czaszką przeciwnika. Jeszcze mocniej.
- Zabiłeś ją! - wycharczał. Zacisnął palce na włosach mężczyzny i ponownie trzasnął jego głową o ziemię. - Ty draniu, zabiłeś ją! - Jeszcze raz czaszka uderzyła o korzeń.
I jeszcze raz.
Łzy wypełniły Maricowi oczy, słowa z trudem dobywały się z krtani.
- Była twoją królową, a ty ją zabiłeś! - Tłukł coraz mocniej.
Mężczyzna przestał się bronić. Nozdrza chłopaka wypełnił lepki, metaliczny odór. Maric dopiero teraz zauważył, że ręce ma we krwi - i że to nie jego krew. Na wpół przytomnie oderwał się od bezwładnego ciała i zatoczył z bólu, plamiąc liście szkarłatem. Niemal oczekiwał, że przeciwnik się podniesie i ruszy za nim w pogoń, ale mężczyzna nawet nie drgnął. Ciało leżało nieruchomo wśród cieni, niewyraźny kształt czerniący się pod drzewem. Marcowi zdało się, że potężny dąb wznosi się nad zabitym niczym ponury nagrobek.
Chłopakowi zrobiło się niedobrze, żołądek zwinął mu się w supeł, ramionami wstrząsnęły dreszcze. Półprzytomnie uniósł dłoń do ust, by powstrzymać mdłości, lecz tylko umazał sobie policzki świeżą krwią. Z zaciśniętych palców wysunęły się kępki włosów i skory. Maric zatoczył się konwulsyjnie i zwymiotował. Ogarnęło go przerażenie.
Jestem królem - napomniał się.
Matka Marica, królowa Moira, miała w sobie niespożytą siłę. Potrafiła prowadzić zaprawionych w bojach mężów do zwycięstwa. Mówiono, że w każdym calu przypomina swojego dziada. Umiała przekonać najpotężniejszych ze szlachty Fereldenu, żeby powstali i walczyli, aby przywrócić jej tron - i możni nie mieli cienia wątpliwości, że tak właśnie być powinno.
Lecz teraz matka nie żyje, a ja jestem królem - powtarzał sobie chłopak. Nie brzmiało to ani odrobinę bardziej przekonująco niż wcześniej.
Okrzyki pogoni znowu zaczęły się zbliżać. Zapewne zdrajcy usłyszeli odgłosy walki Marica z brodaczem. Czas się zbierać, uciekać, oddalić od wroga. A jednak chłopak nie potrafi ł ruszyć się z miejsca. Siedział w ciemnym lesie, ze zwisającymi z kolan rękoma, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić.
I tylko nieustannie wspominał głos matki, kiedy wróciła z ostatniej potyczki. W pełnej zbroi, zbryzganej krwią i potem, królowa uśmiechała się dziko. Nauczyciel walki przyprowadził Marica przed jej oblicze, zaraz po bijatyce z chłopakiem ze służby. Co gorsza, arl Rendorn stał obok matki i to on zapytał, czy Maric przynajmniej wygrał. Płonąc ze wstydu, chłopak przyznał, że został pobity, na co arl prychnął z pogardą, rzucając: Jakiż król z ciebie będzie?
A wtedy matka roześmiała się radośnie, rozpraszając poważny nastrój. Ujęła syna pod brodę i patrząc mu w oczy, kazała nie słuchać arla. Jesteś światłem mojego życia i wierzę w ciebie bez zastrzeżeń.
Młodzieńca ogarnęła żałość tak wielka, że zapragnął śmiać się i płakać jednocześnie. Matka w niego wierzyła, a jednak Maric zgubił się w lesie ledwie po półgodzinie. Nawet jeśli umknie pogoni, wydostanie się z gęstwiny i zdobędzie konia, nadal nie będzie miał pojęcia, gdzie stacjonuje armia buntowników. Chłopak przywykł, że go prowadzono, że w pobliżu zawsze jest przewodnik, który wskaże właściwą drogę. Dlatego nie zwracał uwagi, dokąd zmierza matka z niewielkim orszakiem. Maric jechał za nią jak po sznurku. A teraz nie wiedział, gdzie jest.
I tak oto skończyły się przygody prawowitego następcy tronu Fereldenu - pomyślał z rozbawieniem zabarwionym rozpaczą. Chciał zostać królem, ale nie umiał znaleźć po ciemku nawet własnego zadka.
Przez łzy przedarł się histeryczny chichot, ale Maric stłumił pomieszane uczucia. Nie pora na wspomnienia i żałobę. Właśnie gołymi rękami zamordował człowieka, a w pobliżu czaili się inni wrogowie. Musiał uciekać. Wziął głęboki, choć drżący oddech i zamknął oczy. Mam w sobie stal. Sięgnął po nią, posmakował jej gorzkich, ostrych krawędzi i pozwolił, by ukoiła szalejący w sercu i umyśle wir. Musiał się uspokoić, choćby na chwilę.
Kiedy otworzył oczy, był gotów.
Rozejrzał się, szukając miecza upuszczonego przez pokonanego zdrajcę. Cienie wokół Marica poruszały się bardzo powoli, wydawało mu się, że znalazł się w otoczeniu jakby żywcem wyjętym z najgorszego koszmaru. Zbyt wiele krzewów, zbyt wiele splątanych i pokrzywionych korzeni, które mogły kryć zaginione ostrze. Chłopak nigdzie go nie widział. W pobliżu rozległ się okrzyk, zbyt blisko. Maric nie miał już czasu na poszukiwania.
Podniósł się szybko, nasłuchując, skąd dobiegł głos, a potem ruszył w przeciwnym kierunku. Pierwsze kroki stawiał niezdarnie, nogi miał posiniaczone i odrętwiałe, może podczas walki złamał kość lub dwie, lecz ignorował ból. Z wysiłkiem chwytając niższe gałęzie, zagłębiał się w mrok.
Zdrajcy zapłacą za swoją zbrodnię. Nawet jeżeli Maric jako król miałby dokonać tylko tego jednego jedynego czynu - zdrajcy zapłacą.

Materiały pochodzą z Fabryki Słów
środa, 04 styczeń 2012 19:37 Napisał