• EA Games
  • Kolektyw gram.pl
  • Serwis jest częścią kolektywu Gram.pl

Spolszczenie - pobierz!

Podcasty

Przystań Patronuje

Spolszczenie - pobierz!

Dragon Age: Powołanie

 Druga z powieści z gry

 

Data wydania: Marzec 2010
Tytuł oryginału: Dragon Age: The Calling
Tłumaczenie: Małgorzata Koczańska
ISBN-13: 978-83-7574-252-7
Wymiary: 125 x 195
Liczba stron: 536
Oprawa: Miękka
Seria: Warlock
Cykl: Dragon Age
Cena: 34.99 zł

Kiedy przychodzi czas, Szary Strażnik rusza za swoim Powołaniem.

W gniazdo mrocznego pomiotu ? w podziemia Głębokich Szlaków.

By stoczyć ostatnią walkę... i umrzeć.

Lecz ten Strażnik nie zginął. Przepadł w labiryncie korytarzy. Tam, gdzie przerażający Architekt tka plan zagłady Dawnych Bogów i całej ludzkości. Król Maric i Szara Straż muszą podjąć poszukiwania.

Przed nimi mordercza misja. Śmierć lub ocalenie.

Rozdziały promocyjne:

Głębokie Szlaki

Z pierwszymi promieniami świtu, ledwie barwiącymi niebo na blade odcienie różu i pomarańczy, Szara Straż skierowała się z bronią w gotowości do wrót wiodących na Głębokie Szlaki. Duncan napiął się mimowolnie, gdy król Maric podszedł bliżej. Nie zabrzmiały fanfary, gdy władca wyciągnął kamienny ośmiokątny medalion i przyłożył go do wgłębienia o tym samym kształcie na środku drzwi.
Głośny skrzyp przerwał poranną ciszę, nieopodal stado spłoszonych wron zerwało się do lotu.
Duncan spoglądał, jak wrota rozdzielają się na pół, jak przerwa staje się coraz szersza, gdy skrzydła bramy się rozchylają. Król cofnął się czujnie. Powoli, z trzaskiem i skrzypieniem ciężkie kamienne wrota otwarły się, ukazując ziejącą otchłań tunelu. Z mroku wypłynął słaby smród zgnilizny.
Strażnicy czekali w bezruchu. Duncan spodziewał się, że zaraz z cieni wyskoczy horda potworów i rzuci się na niego i towarzyszy, jednak nic się nie stało. Za bramą panowały tylko mrok i cisza.
Grupa ruszyła do jaskini, lecz zatrzymała się, gdy Julien przemówił.
- Czekajcie - rzekł cicho. Ciemnowłosy wojownik skrzyżował ręce na piersi i skłonił głowę. Szarzy Strażnicy uczynili to samo. Duncan odchrząknął. Przy modlitwie zawsze odczuwał zdenerwowanie. - I choćbym kroczył w mroku i cieniach, zła się nie ulęknę - zaintonował Julien - bo Stwórca mnie prowadzi. I nie zagubię się ani nie zabłąkam na splątanych ścieżkach Zaświatów, albowiem w Świetle Stwórcy nie ma ciemności, a wszystko, co On stworzył, nie pójdzie w zatracenie.
- Amen - szepnął Maric, a pozostali skłonili głowy.
A potem wkroczyli na Głębokie Szlaki.
Niedaleko od wejścia znajdowały się szerokie schody i Duncan stłumił dreszcz, gdy na nie wstąpił. Zrobiło się cieplej, za co był wdzięczny, lecz zimno zastąpiła odraza, z której nie potrafi ł się otrząsnąć. Zejście po kamiennych stopniach było jak zanurzanie się w gnoju - ostry smród wypełniał nozdrza, żołądek skręcał się od mdłości i trzeba było się zmuszać do postawienia kolejnego kroku. Pozostali Szarzy też to czuli. Duncan widział to wyraźnie w ich skrzywionych twarzach i w uściskach pobielałych palców na broni. Posiadali przecież wszyscy zdolność do wyczuwania mrocznego pomiotu, lecz trudno było uwierzyć, że potwory aż tak plugawią miejsce, w którym żyją. Genevieve zapewniła milcząco, że jest bezpiecznie, ale Duncana to nie przekonało. Zapewne komendantka starała się dodać mu otuchy.
Tylko Maric nie mógł nic wyczuć, a jednak wyglądał na bardziej przejętego otoczeniem niż Szarzy Strażnicy. Zamknął się w sobie, oczyma strzelał w każdy mroczny kąt, a jego skóra wydawała się zupełnie biała w migotliwym świetle pochodni. Duncana kusiło, by zapytać, co takiego przydarzyło się królowi przed laty na Głębokich Szlakach, ale uznał, że lepiej nie. Na pewno nie było to nic przyjemnego.
Wydawało się, że schodzą w mrok godzinami, nim pierwsze oznaki skażenia pojawiły się na ścianach: pajęcze sieci czarnej zgnilizny i lśniące płaty przypominające ciemny olej. Duncan dotknął ich zaciekawiony i przekonał się, że to, co wyglądało jak plama oleju, nie jest nawet wilgotne - było suche i przypominało w dotyku skórę węża.
Genevieve chwyciła chłopaka za rękę i spoglądając surowo, ostrzegła, by nigdy tego nie robił. To zmieszało Duncana. Przecież był odporny na zarazę mrocznego pomiotu. Czyż nie to właśnie stanowiło przywilej dostępny jedynie Szarej Straży?
- Kiedy byłem tu przed laty, nie zauważyłem tego. - Maric przyjrzał się dokładniej ścianom. - Nie wydaje mi się, żeby skażenie sięgało wtedy aż tutaj. Natrafiliśmy na nie dopiero za thaigiem Ortan.
- Rozprzestrzenia się - stwierdziła Genevieve.
Kell przeszył półmrok korytarza nienaturalnie jasnymi oczyma. Duncan wiedział, że myśliwy jest bardziej wrażliwy na obecność mrocznego pomiotu niż reszta Strażników. Dla niego zejście na Głębokie Szlaki to jak zanurzenie się w ściekach, a jednak mężczyzna nie tracił panowania nad sobą.
- Jest blisko powierzchni? - zapytał. - Co to znaczy?
- Że musimy być ostrożni - z tymi słowy komendantka obnażyła miecz, lecz nawet na chwilę nie zwolniła tempa.
Reszta grupy wymieniła niepewne spojrzenia i posłusznie ruszyła za dowódcą.
Zdawało się, że minęła wieczność, zanim znaleźli się u stóp schodów, a przynajmniej Duncan tak myślał. Uczucie ciężaru napierającego z góry i równie przygniatająca ciemność sprawiały, że z trudem łapał oddech. Młodzieniec miał wrażenie, że znalazł się pod śmierdzącą wodą i rozpaczliwie próbuje wydostać się na powierzchnię.
Fiona podeszła do jego boku i obrzuciła chłopaka zatroskanym spojrzeniem.
- Dasz sobie radę? Wyglądasz na chorego - szepnęła.
Duncan przełknął kilka razy i zmusił się do głębszego oddychania. Nie było to przyjemne.
- Zaraz się porzygam.
- Doprawdy miła perspektywa.
- Mówię poważnie! Nie czujesz tego?
- Oczywiście, że czuję. Wszyscy czujemy... No, prawie wszyscy - w jej głosie zabrzmiała nerwowa nuta i chłopak uświadomił sobie, że elfka ma na myśli Marica. Mężczyzna szedł na czele obok Uty, nieświadom zjadliwych spojrzeń wbitych w jego plecy.
- Słyszałem, że wczoraj w nocy posprzeczałaś się z królem w obozie - uśmiechnął się lekko Duncan.
- Zadałam mu tylko proste pytanie.
- Z tego, co powiedziała Genevieve, nie było tak proste - zachichotał. - Miło, że przynajmniej raz komendantka nie wściekła się na mnie.
Fiona westchnęła z irytacją. Uniosła laskę i zamknęła oczy, a potem wymamrotała pod nosem parę słów. Duncan poczuł ukłucia i falę mocy, niewielka kula na końcu laski zapłonęła jasnym blaskiem. Światło było silne, odbijające się na ścianach korytarza i odpychające głębokie cienie. Pozostali Strażnicy popatrzyli na czarodziejkę ze zdziwieniem.
- Nie trać mocy - ostrzegła Genevieve, ale w tonie brakowało rozkazującej ostrości. Nawet ona zapewne czuła ulgę, że cienie cofnęły się nieco dalej.
- Proszę. - Fiona uśmiechnęła się do Duncana, wyraźnie z siebie zadowolona. - Lepiej?
- Owszem, tylko nie świeć mi tym w oczy.
- No, teraz po prostu marudzisz.
Dzięki dodatkowemu oświetleniu z laski Fiony Duncan mógł dokładniej się zorientować w wielkości i wyglądzie korytarza, zanim splugawiła go zgnilizna mrocznego pomiotu. Runy, jak sądził. Krasnoludzkie runy, których znaczenia nie potrafi ł jednak odgadnąć. Podobno krasnoludy czciły kamień. Może słowa, jakie w nim wyryły, były modlitwą? Modlitwą splugawioną rozkładem. Czyż nie było w tym swoistej symetrii?
Duncan mógł już wyczuć mroczny pomiot. Genevieve miała rację - potrzeba było czasu, by przywyknąć i przystosować się do otoczenia w Głębokich Szlakach. Mroczny pomiot wychylał się z zakamarków świadomości Duncana, czaił się w cieniach daleko poza zasięgiem wzroku. Uczucie, jakby ktoś stał za plecami - nie słyszy się go ani nie widzi, ale po prostu wie, że tam jest.
Czy mroczny pomiot też wyczuwał obecność Szarej Straży w podziemiach? Według Pierwszego Zaklinacza onyksowe brosze, jakie otrzymali w Twierdzy Kinloch, miały przed tym chronić, sprawić, by Strażnicy stali się niewykrywalni dla zmysłów stworów ciemności, ale chłopak wcale nie był przekonany, że tak się stanie. Swoją broszę przypiął do skórzanego kaftana i teraz obrócił ją, by lepiej się przyjrzeć. Opalizowała słabo wszystkimi barwami tęczy, przesuwającymi się powoli tuż pod powierzchnią kamienia, jak gęsta ciecz. Brosza w dotyku była zimna, przywodziła na myśl porównanie z przygaszoną, zamarzniętą latarnią. Duncan puścił ją, odruchowo rozcierając palce, by przywrócić w nich ciepło.
- Genevieve kazała ci przeprosić? - zapytał Fionę. Czarodziejka pytająco uniosła wzrok. Najwidoczniej jej myśli odbiegły od rzeczywistości, ale kiedy zrozumiała, że Duncan pyta o incydent z królem, potrząsnęła ze zniecierpliwieniem głową, mrużąc powieki. Ma śliczne oczy, nawet jak na elfkę - pomyślał chłopak. Niesamowite oczy były typowe u elfów, Duncan zdążył już to zauważyć - zwykle jasnozielone lub granatowofi ołkowe, w niezwyczajnych barwach, które podkreślały obcość. Ale oczy Fiony były niemal ludzkie, ciemne i wyraziste. Okna duszy jak powiedziałaby jego matka. Zawsze umiała dobierać trafne słowa.
- Nie, nie kazała - odparła czarodziejka krótko. - I nie widzę powodu, dla którego miałabym przepraszać.
- Wiesz, król nie jest taki zły.
- Nie możesz mieć pewności. Wcale go nie znasz. Ja zresztą też.
- To taka elfi a złość? Znałem sporo elfów w Val Royeaux i każdy był taki najeżony. Nawet elfy, które nie pochodziły z obcowiska. Popatrzyła na niego nieufnie.
- Wiesz, mamy powody, by czuć gorycz.
- Tak, tak, wiem. My, straszni ludzie, zniszczyliśmy Dalijczyków. Znałem jednego, który ubzdurał sobie, że jest dalijskim elfem. Malował sobie twarz, żeby wyglądać jak Dalijczyk. Myślałem, że poszedł do lasu szukać swojego klanu, ale okazało się, że go po prostu aresztowano. W każdym razie dużo mi opowiedział o dalijskich elfach. Fiona uderzyła laską w kamienną posadzkę i kula na okamgnienie zabłysła jaśniej. Irytacja czarodziejki na Duncana
była łatwo wyczuwalna.
- Chodzi o coś więcej. O wiele więcej! Nawet nie wiesz!
- Czego? Że twój lud został zniewolony? Wszyscy to wiedzą.
- Były czasy - jej oczy zalśniły gniewnie - gdy elfy żyły wiecznie. To też wiedziałeś? Mieliśmy własny język, tworzyliśmy cuda jakich wcześniej nie widziano na Thedas, mieliśmy też ojczyznę - i było to na długo przed Dalijczykami.
- Ale wtedy zostaliście zniewoleni.
- Przez magów z imperium tevinterskiego, tak. Jeszcze jedna z ich zbrodni i zapewne nie największa. - Fiona odwróciła się od Duncana i przesunęła szczupłą dłonią po plugastwie okrywającym najbliższą ścianę. - Zabrali nam wszystko, co piękne. Sprawili nawet, że przez pewien czas nie pamiętaliśmy, kim byliśmy. I dopóki prorokini Andrasta nie wyzwoliła nas, nie wiedzieliśmy nawet, co utraciliśmy.
- Ale Andrasta była człowiekiem, czyż nie? Nie wszyscy jesteśmy tacy źli.
- Jej pobratymcy spalili ją na stosie.
- Miałem na myśli nas tutaj.
Spojrzała na Duncana z zagadkowym uśmiechem, a w jej wyrazistych oczach zamigotał smutek.
- Andrasta dała dalijskim elfom nową ziemię w zamian za utraconą ojczyznę. Ale w końcu twoi ludzie odebrali także i ją. I teraz żyjemy w waszych miastach jak robactwo lub wędrujemy jak wyjęci spod prawa. Niezależnie - zawsze jesteśmy niechciani.
Chłopak odpowiedział drwiącym uśmiechem.
- Ach, biedne elfy.
Czarodziejka zagroziła mu nadal świecącą laską, ale Duncan zrobił unik, śmiejąc się wesoło. Dźwięk zabrzmiał nienaturalnie wśród mrocznych ścian.
- Zdaje się, że brak mi współczucia - wyszczerzył się. - Wychowałem się na ulicy, więc jeżeli szukasz potwierdzenia, jak dobrzy są ludzie, to niezbyt dobrze trafiłaś.
- Sam pytałeś - przypomniała mu.
- O króla. - A potem wskazał na pozostałych Strażników, którzy zostawili ich w tyle.
Fiona od razu przyśpieszyła kroku, by dołączyć do reszty. Duncanowi jednak aż tak się nie śpieszyło.
- To, o czym opowiedziałaś... To stało się tak dawno temu, że mało kto o tym wie. No, może poza garstką, która trzyma nosy w starych księgach. Poza tym elfy nie są już niewolnikami.
- Tak myślisz? - Oczy elfki pociemniały, głos zabrzmiał ostrzej. - Wydaje ci się, że można znieść niewolnictwo i ono ot tak - zniknie tego samego dnia?
- Nawet jeżeli nie, to na pewno król Maric nie ma z tym nic wspólnego.
Skinęła głową, spoglądając na jasnowłosego władcę idącego na czele grupy. Jakby czując jej wzrok, mężczyzna przystanął i obejrzał się zdziwiony. Elfka nie odwróciła oczu i król uznał, że lepiej skierować uwagę gdzie indziej.
- Wiem o tym - stwierdziła Fiona. - Myślałeś, że nie wiem?
- Jesteś mądra, więc chyba jednak wiesz.
Westchnęła ze znużeniem.
- Jemu się wydaje, że ma ciężkie życie.
- Może tak jest. Ja na pewno nie chciałbym być królem.
- Dlaczego nie? - Fiona zmarszczyła brwi i Duncan wyczuł, że jej gniew powrócił. - Pomyśl, czego mógłbyś dokonać jako król. Mógłbyś zrobić tak wiele. Mógłbyś wszystko zmienić.
Chłopak zaśmiał się szyderczo.
- Wychowałem się na ulicy, ale nawet ja wiem, że król nie może robić wszystkiego. - Przyśpieszył kroku i Fiona została z tyłu. - Nie wiem, co król Maric miałby według ciebie zrobić, ale chyba powinnaś to powiedzieć jemu, nie mnie. A teraz muszę do niego dołączyć i zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Pewnie każe mi znaleźć jakiś nocnik.
- A już cię wysyłał po nocniki? - roześmiała się.
- Jeszcze nie, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Jak będziesz się na niego tak gapić, na pewno w końcu będzie potrzebował nocnika.
Minęło wiele godzin. Szarzy Strażnicy wędrowali coraz dalej w mrok Głębokich Szlaków. Oznaki zarazy roznoszonej przez mroczny pomiot stawały się coraz wyraźniejsze. W zagłębieniach zbierała się mętna woda i Kell ostrzegł, by jej nie dotykać. Krótki rozkaz i Hafter cofnął się, rozważnie uznając, że lepiej nie zaspokajać pragnienia w kałuży. Duncan musiał się zgodzić. Z wody wystawały kości... stworzeń... Pod powierzchnią dało się dostrzec ruch, robaki zapewne, ale chłopak wolał się nad tym za dużo nie zastanawiać. Tutaj grzyb był bardziej rozrośnięty, okrywał ściany grubą warstwą, w której pojawiały się narośle przypominające kopce lub naturalne ule, z ciemnymi wąsami rozchodzącymi się niczym żyły. Pokrywała je śliska substancja przypominająca przypalony olej. Odór zgnilizny miejscami aż dusił, nawet pochodnie zaczynały migotać. Szarzy Strażnicy z trudem łapali oddech i tylko ponaglenia Marica zmuszały ich do dalszej wędrówki. Wydawało się, że król wie, dokąd iść. Kilkakrotnie wędrowcy minęli rozwidlenia, ale tylko na pierwszym władca się zawahał. I bynajmniej nie dlatego, że nie wiedział, w którą stronę skręcić, jak zauważył Duncan. Oczy króla spoglądały w dal, w przeszłość, we wspomnienia, o jakich nie chciał mówić. A kiedy nareszcie przemówił i wskazał kierunek, w jego głosie brzmiała pewność.
Duncan zastanawiał się, dokąd prowadzą inne korytarze. Były tak do siebie podobne. Jak król je rozróżniał? Musiał je naprawdę dobrze pamiętać. Jeżeli tak, to może Genevieve miała rację, nalegając na udział Marica w wyprawie. Gdyby Strażnicy poszli sami i skręcili w złą stronę, kto wie dokąd by doszli i jak skończyłaby się ich wędrówka?
Grupa dotarła do krasnoludzkiego posterunku przy drodze, gdy komendantka nakazała się zatrzymać. Z budynku nie pozostało wiele, resztki zaprawy murarskiej w zwalonej ścianie i rozpadające się sprzęty, ale wiadomo było, że Genevieve nie zamierzała podziwiać widoków.
Znajdowali się w pobliżu mrocznego pomiotu. Nie uszło uwadze Strażników, że znajdują się również coraz bliżej thaigu Ortan, jak zapewnił Maric. Duncan wyczuwał mrowiący się tłum, niczym nadchodzącą powoli falę mroku, z którego łypią na chłopaka złośliwe oczy. Sama myśl napełniła go strachem ściskającym wnętrzności. Duncan miał niewielkie doświadczenie z mrocznym pomiotem, a oto dobrowolnie szedł wprost do miejsca, gdzie spotka tych potworów więcej, niż chciałby. Była to przerażająca perspektywa.
Namioty ustawiono bez dyskusji w granicach wyznaczonych zrujnowanymi ścianami posterunku. Tutaj zapewne krasnoludy ongiś zatrzymywały podróżnych wkraczających na Głębokie Szlaki, sprawdzały ich bagaże i ładunki i pobierały opłaty. A może posterunek służł do pilnowania, czy do dziedziny krasnoludów nie wkraczają wrogowie? Duncan nie miał pojęcia. Kiedy rozniosła się Pierwsza Plaga, najdotkliwiej uderzyła właśnie w krasnoludy. Mroczny pomiot zaroił się na Głębokich Szlakach, a krasnoludy wycofały się do Orzammaru, pieczętując wejścia do tuneli i pozostawiając wielu swoich po drugiej stronie bram, skazując ich na nieuchronną śmierć. Jak się czuli porzuceni, gdy zrozumieli, że nie ma dla nich ucieczki? Gdy ujrzeli mroczny pomiot niczym falę powodzi, topiącą wszystko na swojej drodze i niszczącą dorobek starożytnej kultury? Krasnoludy nigdy nie wątpiły, że Plaga powróci, i zawsze okazywały Szarej Straży najwyższy szacunek. Ludzie pod tym względem byli o wiele mniej niezawodni. Zbyt często zapominali o tym, czego nie mieli przed nosem.
Duncan, rzecz jasna, nie czuł się wcale lepszy niż reszta ludzkości i nie patrzył na swoich pobratymców z góry. Wręcz przeciwnie. Po prostu widział w życiu dość, by wyobrazić sobie, do czego zdolni są ludzie. Kiedyś stwierdził nawet, że nie byłoby wcale tak źle, gdyby Plaga wydostała się na powierzchnię i wyniszczyła ludzkość, pozostawiając tylko nagie kości na splugawionej ziemi.

Jestem Architektem

Mroczny pomiot oparł się na lasce w geście typowym dla człowieka, co jeszcze bardziej zmieszało strażnika.
- Mój lud potrafi wyczuć Szarego, tak samo jak Szarzy potrafią wyczuć mój lud. A ty wiesz, czemu tak jest. - Stwór spojrzał znacząco na Bregana, ale mężczyzna nie odpowiedział. - Mroczny pomiot ma skazę - podjął emisariusz. - Ciemność, która nas przenika, zniewala, pcha nas do przeciwstawiania się światłu. Jest w naszej krwi i plugawi świat wokół nas.
Wyciągnął szponiasty, pomarszczony palec w kierunku Bregana.
- Jest także w twojej krwi. To właśnie czyni cię tym, im jesteś. To właśnie wyczuwasz w nas, a my w tobie.
Strażnik poczuł ucisk w żołądku. Nie powiedział nic, ale też nie potrafi ł spojrzeć potworowi prosto w nieludzkie oczy.
- Przyjąłeś tę ciemność w siebie - mówił dalej mroczny stwór. - Używasz jej, by walczyć z moim rodzajem. Twoja odporność na skażenie nie jest jednak całkowita. Kiedy zacznie ustępować, ruszysz na Głębokie Szlaki. Sam. By walczyć z nami po raz ostatni. To dlatego tu przyszedłeś, czyż nie?
Pytanie zawisło w ciszy. Bregan nadal nie patrzył na mroczny pomiot, silne przeczucie kazało mu się tego strzec.
Rozmowa z potworem była już wystarczająco zdumiewająca. Ale to, że mroczny pomiot znał sekret Straży... to było o wiele bardziej niepokojące.
Czekał zatem, rozważając, czy nie powinien podjąć próby ucieczki, dopóki jeszcze może. Czy to ważne, jeżeli zostanie zabity? Przecież właśnie po to zszedł na Głębokie Szlaki. Co gorszego może mu zrobić mroczny pomiot, niż znowu go pobić i zamknąć w brudnej celi?
Pod wpływem tych myśli tylko się bardziej przygarbił. Zdawało mu się również, że coraz wyraźniej słyszy
dziwne murmurando. Wewnątrz czuł tłustą śliskość skażenia, wsiąkała w każdy zakamarek ciała Bregana. Zapragnął zdrapać sobie twarz, zerwać ciało z kości. Chciał się pozbyć plugastwa.
- Tak - przyznał powoli. - Powołanie. Tak to nazywamy, gdy przychodzi na jednego z nas pora, by z tym skończyć.
- Powołanie - powtórzył mroczny pomiot, kiwając głową, jakby chciał wyrazić aprobatę. - Wolisz chwalebny koniec niż poddanie się zarazie? To właśnie się dzieje?
- Nie wiem! - syknął Bregan. Spojrzał na potwora i cofnął się z oburzeniem, gdy napotkał wzrok pełen badawczej, niemal beznamiętnej ciekawości.
- Nie? Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło?
Bregan dźwignął się, nie zwracając uwagi na tępe pulsowanie ran i mdłości wzbierające w przełyku. Mruczenie zabrzmiało głośniej i Strażnik zachwiał się - ogarnęły go zawroty głowy.
- Czym ty jesteś?! - wykrzyknął. Doskoczył do potwora tak blisko, że poczuł wyraźnie zgniliznę jego ciała i ujrzał blade tęczówki rybich oczu. Pomiot się nie cofnął. - Dlaczego mnie tutaj zamknąłeś? Na oddech Stwórcy! Powinienem być martwy!
- Dlatego tu przyszedłeś? By umrzeć?
- Tak! - wrzasnął Bregan. Chwycił emisariusza za szatę i przyciągnął, unosząc pięść do ciosu. Potwór nie próbował się bronić. Popatrzyli sobie w oczy. Strażnik potrząsnął pięścią, zacisnął zęby. Powinien go uderzyć. Powinien go zabić. Nie miał żadnego powodu, by się wahać, a jednak się zawahał. Dlaczego?
- Myślę - wyszeptał potwór - że przyszedłeś tu, ponieważ czułeś, że nie masz wyboru.
Bregan puścił go, odepchnął. Mroczny pomiot zatoczył się, niemal upadł, ale udało mu się w porę wesprzeć na lasce.
Nie wyglądał na przejętego wybuchem Strażnika. Ten zaś odwrócił się, drżąc z wściekłości.
- Nie dam ci tego, czego chcesz, cokolwiek to jest - warknął. - Więc możesz po prostu mnie zabić.
Przez długą chwilę słychać było jedynie szelest szat wygładzanych przez mroczny pomiot, zapewne by się uspokoić.
Mruczenie tętniło w oddali, na jego tle Strażnik wyczuł inne potwory. Docierały do niego stłumione odgłosy,
jakie wydawały - nienaturalny klekot i oschły syk, nawiedzający sny Bregana od Dołączenia, gdy przyjął esencję mroku. Wyczuwał teraz pomiot naciskający na jego umysł, nieustępliwie i nieprzejednanie. Odepchnął od siebie te doznania, zaciskając powieki, starając się słuchać tylko szalonego bicia własnego serca.
Bregan wiedział. Kiedy zakończono ceremonie pożegnalne i krasnoludy złożyły Strażnikowi wyrazy głębokiego szacunku, czas był ruszyć za Powołaniem. Otwarto zapieczętowane wrota na krańcu Orzammaru. Bregan spojrzał w mroki Głębokiego Szlaku i wiedział, że to nie może być tak proste. Lepiej już rzucić się na miecz, zakończyć to szybko i czysto, i nieważne, co sobie pomyśli Stwórca. Lepsze to niż powolny marsz w otchłań mroku. A jednak Bregan poszedł. Nie miało znaczenia, czego chciał. Przez całe życie nie miało znaczenia, czego chciał; dlaczego teraz miało się to zmienić?
- Odpowiem na twoje pierwsze pytanie - odezwał się emisariusz. - Jestem Architektem.
- Tak masz na imię?
- Nie mamy imion. Tym po prostu jestem. Inni z mego rodzaju nie mają nawet tyle. Są po prostu mrocznym pomiotem i niczym więcej.
Bregan odwrócił się powoli, zaciekawiony.
- A ty jesteś? Czymś więcej?
Mroczny stwór uniósł palec.
- A jeżeli ci powiem, że może zapanować pokój między twoim i moim rodzajem? Że to jest możliwe?
Bregan nie był pewien, co o tym myśleć.
- Czy kiedykolwiek pragnęliśmy pokoju? Mam na myśli: pokoju z mrocznym pomiotem? Trudno... trudno to sobie nawet wyobrazić.
- Szarej Straży nigdy nie udało się zetrzeć mrocznego pomiotu z oblicza świata. Cztery razy odnaleźliśmy
jednego ze starożytnych smoków, śpiącego w swoim więzieniu pod ziemią. Istoty, które nazywacie Dawymi Bogami. - Architekt popatrzył w dal, przechylając melancholijnie głowę. - One nas wzywają, nie potrafimy się oprzeć ich syrenim śpiewom. Uwalniamy smoki, a kiedy wyjdą na powierzchnię, idziemy za nimi. Nie możemy się oprzeć. A kiedy twój rodzaj, Strażniku, zepchnie nas na powrót pod ziemię, cykl zaczyna się na nowo.
Bregan zmarszczył brwi.
- Zatem jedyny sposób, by zapanował pokój, to zniszczenie mrocznego pomiotu.
Architekt posłał mu ostre spojrzenie.
- To nie jedyny sposób - nieludzki, rezonujący głos sprawił, że Strażnik zadrżał. I wówczas uświadomił sobie, czego chce od niego mroczny pomiot. W okamgnieniu rzucił się na potwora, pchnął go na ścianę i wyrwał mu świecący kamień. Architekt zatoczył się, laska głośno zaklekotała na kamieniach. Nie czekając, aż emisariusz rzuci zaklęcie, Bregan wypadł z celi, z głośnym hukiem zatrzaskując za sobą metalowe drzwi.
Sala, w której się znalazł, była gorsza niż cela. Obrastały ją jakby organiczne wąsy i bąble czarnego śluzu. Dalej ohydnymi pąklami i naroślami. Bregan zignorował je i ruszył przed siebie, unosząc świecący kamień.
Dotarły do niego zbliżające się krzyki i gniewne syczenie - nadchodziły potwory. Mroczny pomiot był ze sobą połączony tą samą siłą, która pozwalała Szarym Strażnikom wyczuwać się nawzajem - Architekt nie mylił się, choć Bregan wolał nie myśleć, skąd ta wiedza u emisariusza.
Skupił się na doznaniach zmysłów, próbując zorientować się, skąd nadejdzie atak. Nie było to łatwe. Plugastwo kaziło wszystko wokół i za każdym razem, gdy próbował rozszerzyć swoje wewnętrzne wyczucie, murmurando brzmiało głośniej i stawało się silniejsze. Kiedy próbował wyłowić poszczególne monstra z otaczającego go morza skażenia, miał wrażenie, że tonie, że z każdym oddechem plugastwo wypełnia mu płuca.
Kiedy minął załom ściany, omal nie wpadł na kilka hurloków - prawdziwych wojowników mrocznego pomiotu, postawnych, wysokich, odzianych w niedopasowane kawałki ciężkich pancerzy i dzierżących groźnie wyglądające ostrza. Z sykiem obnażyły kły i cofnęły się zaskoczone.
Bregan nie dał im szansy. Zwarł się z najbliższym stworem i kopnąwszy w pierś, wyrwał mu zakrzywiony miecz. Przeciwnik nie zdążył stawić oporu, krzyknął tylko ze złością. Strażnik w okamgnieniu ciął z półobrotu kolejnego stwora. Ten upadł, trzymając się za szyję, z której tryskała czarna posoka.
Trzeci pomiot wydał jękliwy krzyk, dobywając miecza. Bregan wykonał unik w ostatniej chwili, uderzył napastnika w głowę rękojeścią, po czym wbił ostrze w plecy leżącego. Pomiot zagulgotał boleśnie, gdy Strażnik obrócił miecz w ranie. Jednak reszta wojowników opanowała zaskoczenie. Z rykiem rzuciła się na Bregana, wytrącając mu broń. Na ramieniu poczuł ugryzienie. Kły weszły głęboko, skażenie wsączyło się do krwi. Gdyby Bregan nie należał do Szarej Straży, byłby już martwy - popadłby w wyniszczającą chorobę, wywołującą szaleństwo i majaki, a wreszcie bolesną śmierć.
Lecz Szarzy Strażnicy płacili ogromną cenę za to, czym byli. I nie płacili na próżno.
Bregan walczył, zaciskając zęby, gdy słyszał zawodzenie mrocznego pomiotu tuż przy uchu. Kiedy monstra wilgotnymi czarnymi językami oblizywały sobie kły, twarz mężczyzny owiewał ich cuchnący oddech. Krzyki brzmiały coraz bliżej. Strażnik zatoczył się na ścianę, uwalniając jedno ramię z uścisku mrocznego pomiotu, i wyprowadził cios w podbródek najbliższego przeciwnika. Stwór jęknął z gniewem,
chwycił Bregana za głowę i zaczął nią uderzać o kamienie podłogi. Strażnik wygiął się, próbując się wyrwać.
Wreszcie, kiedy mu się udało, odepchnął napastnika. Mroczny pomiot uderzył w ścianę z głośnym chrupnięciem. Zanim się obejrzał, stracił miecz. Jednym płynnym ruchem Bregan zerwał się na równe nogi i ciął w podnoszącego się potwora. Raz. Drugi. I wystarczyło.
Strażnik oparł się o ścianę, walcząc o oddech. Zalała go słabość, miecz wysunął mu się z dłoni. Kwaśny odór krwi tłumił nawet smród zgnilizny. Mruczące nucenie przybrało na sile, stało się bardziej przenikliwe. Lada chwila zagłuszy inne dźwięki. Bregan przytknął czoło do chłodnego kamiennego muru i zamknął oczy.
Obok zabrzmiał syk i Strażnik wyprostował się czujnie. Kolejny mroczny pomiot w ciężkiej, niedopasowanej zbroi przypuścił atak włócznią. Niewiele myśląc, Bregan chwycił drzewce tuż za szpikulcem i skierował w ścianę. Potwór zatoczył się i nadział na wystawiony przez Strażnika łokieć. Rozległ się mdlący trzask łamanych zębów i kości. Zanim stwór odzyskał równowagę, Bregan wyrwał włócznię. Obrócił ją w okamgnieniu i wbił w brzuch mrocznego pomiotu. Nie czekając, aż przeciwnik upadnie, Strażnik puścił drzewce i odwrócił się, by uciec dalej. Musiał się wydostać. Szybko.
Porwał upuszczony miecz i pobiegł do wielkiej, otwartej komnaty. Stały tu kolumny, niektóre już na wpół zwalone, inne sięgające niewidocznego sufitu. Wszystkie obrośnięte czarnym grzybem i plugastwem. Świecący kamień posyłał na posadzkę migotliwe cienie.
Bregan przebiegł przez salę, dostrzegając naprzeciw gromadzący się pomiot. Większość stanowiły genloki, niskie, krępe, ze szpiczastymi uszami i zębatymi grymasami, ukazującymi długie kły. Kiedy zauważyły Strażnika, uniosły łuki i zaczęły szyć strzałami. Dwie świsnęły tuż przy twarzy Bregana, jedna przebiła mu ramię. Lekceważąc ostrzał, mężczyzna ruszył na łuczników. Z bojowym okrzykiem uniósł miecz i ciął pierwszą linię mrocznego pomiotu. Nie patrzył, kogo sięgnęły ciosy, po prostu ciął, przebijając
się przez grupę potworów. Posoka plamiła mu twarz i przez okamgnienie słabość omal go nie powaliła, lecz zacisnął zęby, walcząc z oszołomieniem. Genloki próbowały wykorzystać przewagę liczebną, ale niewiele mogły zrobić. Większość padła pod ciosami, reszta starała się przegrupować, ale Strażnik już się przebił i skręcił za załom muru, na korytarz. Postawny hurlok zastąpił mu z rykiem drogę, ale Bregan uderzył mieczem, nawet nie zwalniając kroku.
Musi być stąd jakieś wyjście. Musi. Bregan znajdował się w jakiejś fortecy, dawno temu porzuconej przez krasnoludy, gdy ich starożytne królestwo najechał mroczny pomiot. Jeżeli tylko mężczyzna znajdzie drogę, wyjdzie na Głębokie Szlaki, będzie mógł...
Zatrzymał się w połowie schodów. Słyszał nadchodzące potwory - niedaleko za nim i równie blisko przed nim. Niczym budzące się mrowisko. Bregan opuścił ramiona, oddychając z trudem. Starał się nie zwracać uwagi na pot zalewający mu oczy.

Materiały pochodzą z Fabryki Słów
środa, 04 styczeń 2012 19:49 Napisał